Biegowe początki


Na wstępie pragnę zaznaczyć, że nie jestem zawodowcem, żadnym trenerem i nie posiada fachowej wiedzy w tym temacie. Wszystko co wiem o bieganiu wzięło się z moich własnych doświadczeń.  Nie są to profesjonalne porady, ale refleksje biegaczki amatorki, która biega od paru lat, dla przyjemności i dla zdrowia oczywiście :)

Od jakiegoś czasu sporo osób pyta mnie: jak zaczęłam biegać? Jak to zrobiłam, że daje mi to taką radość? Jak udało mi się wytrwać i jak to robię, że biegam coraz dłuższe dystanse...
Widzę, że jest duże zainteresowanie tematyką związaną z bieganiem. Ten sport ostatnio zrobił się bardzo modny... I czemu się tu dziwić? Przecież każdy z nas potrafi biegać, już od najmłodszych lat posiadamy tę umiejętność. Poza tym biegane nie wymaga jakichś szczególnych umiejętności i nie potrzeba drogiego sprzętu. Wystarczy motywacja, konsekwencja, wytrwałość i oczywiście para wygodnych butów...

Ale od początku, wszystko po kolei...
Dziś opowiem Wam jak zaczęła się moja przygoda z bieganiem.
To było parę lat temu. Już nawet nie pamiętam czy minęło cztery czy pięć lat. 
W sąsiedniej miejscowości organizowano marszobieg. Trasa - leśna lekko utwardzona droga. Postanowiłam wystartować, ot tak z dna na dzień, dla zabawy. Bez żadnego przygotowania, nie licząc lekcji wychowana fizycznego lat szkolnych.
Na starcie głównie dzieci, sami znajomi z całej okolicy. Może jeszcze trochę młodzieży, garstka dorosłych i ja... Myślałam, że to będzie łatwizna, ot tak przebiegnę i zaraz jestem z powrotem.
Trasa dosyć wymagająca jak na pierwszy raz dla początkującego: pod górkę i z górki przed ok.4 km. Dramat! Po drodze parę razy otarłam się o zgon. Ale, żeby nie było, wróciłam na własnych nogach, bez eskorty. Na mecie była OSTATNIA! Czerwona jak burak i mokra jak po kąpieli :D 
Kondycja emerytki, a wierzcie mi byli dużo starsi ode mnie, którzy wcześniej przekroczyli linię mety.
I wtedy dotarło do mnie, że tak nie może być! Że muszę poprawić kondycję, przecież miałam wówczas niecałe dwadzieścia lat!!!!
Tamtego dnia postanowiłam, że zaczynam biegać! W poszukiwaniu złotej recepty zaczęłam przeszukiwać Internet! Przeczytałam setki artykułów o tym jak zabrać się za bieganie.
I wiecie co? Pobrałam z internetu plan treningowy. 8 tygodni naprzemiennych marszów i biegów. Zaczęłam bardzo ambitnie i skrupulatnie go realizowałam.
Jednak po 2 tygodniach stało się to dla mnie zbyt monotonne. Po prostu przestało sprawiać mi radość. Przerwałam plan i spróbowałam po swojemu. Wybrałam trasę długości 2 km. 
Start spod mojej furtki i meta w odległości 2km od domu. No i zaczęłam trenować. 
Dwieście metrów biegu – trzysta metrów marszu. Z wyplutymi płucami i szalenie szybko bijącym sercem...
Pierwszy raz był chyba najgorszy. Bo nie wzięłam pod uwagę jednej ważnej rzeczy: że moja trasa ma tak naprawdę 4 km, bo jeszcze trzeba wrócić do domu :). Wróciłam, prawie na kolanach, ale wróciłam. Oblana potem, ale szczęśliwa i cholernie dumna z siebie. W końcu pokonałam dystans większy niż planowałam.
Z każdym kolejnym treningiem było już tylko lepiej. Coraz więcej biegu, coraz mniej marszu. I dziś z sentymentem i wzruszeniem wspominam swoje biegowe początki. Bieganie to chyba jedna z najlepszych rzeczy, możliwości które daje nam życie. Jednego tylko żałuję, chyba jak każdy kto biega. Tego, że NIE ZACZĘŁAM BIEGAĆ WCZEŚNIEJ!! :)
Wiem, wiem, Wy też tak macie :)

Komentarze